
w konkuresie „Pokolenie Solidarności” (2022)
Jednego dziadka, Polaka, zabili na wojnie, drugi dziadek, też Polak, pojechał po wojnie do Efu. Na jedną małą głowę Łukasza było tego trochę jakby za dużo. Za dużo wojny i Niemców w tej polskości. I do tego jeszcze ci oni – heglowska antyteza nas, która nie prowadzi do żadnej dobrej syntezy, a jeśli nawet prowadzi, to drogą pokrętną i ciemną; nic tutaj nie jest jasne. O onych opowiadali sobie w szkole kawały, jakby to największe głupole były. A jednak to właśnie te głupole wszystkim tutaj rządziły – i nic nie wskazywało na to, żeby się to miało zmienić. Wujek, który politykowaniem się nie pasjonował, mówił na nich „komuniści” albo „partyjniacy”. A najczęściej po prostu: „złodzieje”. I dla niego wszystko było jasne: po prostu szkoda gadać. Ale żyć przecież jakoś trzeba.
Łukasz był wtedy jeszcze bardzo małym chłopcem, kiedy mu to mama powiedziała. Zapamiętał to jednak, a po latach – mógł wreszcie zrozumieć. Powiedziała to chyba po to, żeby przede wszystkim ulżyć samej sobie, że nie zataiła największej prawdy; wielu rzeczy nie powiedziała, ale to jedno tak.
– To myśmy tę wojnę przegrali – powiedziała. – Nasza rodzina. Ty też.
[…]
Z początku wiele więcej na temat tych rewelacji nie mógł się Łukasz dowiedzieć, poza tym, że za niejednym świństwem stał ten ponoć taki ukochany Związek Radziecki, wychwalany co rusz przez władzę i telewizję – więcej bowiem było wokół tego szumu niż wyjaśnień. Mówiono oczywiście, że potrzeba tych wyjaśnień, bo należą się one Polakom jak psu kość, na razie jednak używano tych słów przede wszystkim jako skutecznych haseł – „17 września”, „Katyń” – umieszczając je na transparentach, którymi wymachiwano potem na znak oburzenia na władzę z powodu aktualnej, kiepskiej sytuacji jako takiej: „dlaczego gdzie indziej może być lepiej, i jest – a tutaj nie!” Dla Łukasza słowo „Katyń” było więc zrazu dość tajemniczą abstrakcją: nie znał jego znaczenia, ale wiedział o nim jedno – że to słowo działa! Podobnie jak to było z przekleństwami, które przynosił wcześniej do domu z podwórka: nie wiedział, co to kurwa, ale widział, że to słowo działa!
Tak więc, żeby wkurwić władzę, wystarczyło wtedy powiedzieć słowo: „Katyń”.
[…]
Dokładne daty z historii Polski Ludowej mógł Łukasz znać z podręczników szkolnych. Ale to nie ze szkoły, lecz od mamy dowiedział się, kiedy ta Polska zaczęła się naprawdę. Chociaż mama, gdy w końcu odważyła się mu o tym opowiedzieć, może sama nie wiedziała, że o tym właśnie mu mówi – o początku nowego świata, który nastał po wojnie.
To było nocą – a może tuż nad ranem. Zjawili się znienacka i właściwie bez powodu. Weszli do domu, nie tłumacząc dlaczego i po co, zaczęli przeszukanie. Brali co im w ręce popadło. Zabrali maszynę do pisania. I poszli sobie. Kiedy następnego dnia babcia zgłosiła rabunek, przyjechali żołnierze spisać protokół. Co zginęło i jak wyglądali napastnicy? – zapytał pan w mundurze z orłem na czapce. Babcia zaczęła opisywać całe zdarzenie dość mgliście, jakby minęło od niego już sporo czasu i pewne rzeczy wyleciały jej już z pamięci; a twarzy napastników w ogóle nie potrafiła sobie przypomnieć. Mama Łukasza, która była wtedy małą dziewczynką, popatrzyła na babcię, która była jej mamą, z naiwnym niedowierzaniem. I czym prędzej pośpieszyła jej z pomocą: „Ale mamusiu, przecież to był ten pan!” – i pokazała palcem na spisującego protokół stróża porządku i budowniczego nowego ładu.
Jak z tego całego bałaganu udało im się wyjść potem bez szwanku, o tym mama już Łukaszowi nie opowiedziała. Ale też nie to było najważniejsze w tej opowieści.
– I potem już tak było cały czas – powiedziała. – Że nie wolno było nic mówić.
Więc nie mówiło się. Że dziadek przed wojną urzędnikiem sanacyjnym był; że podczas wojny, gdy jego dzieci (a Łukasza wujków) do Hitlerjugend zapisano, on gdzieś pod Krakowem pracował w Generalnej Guberni, a potem, po wojnie, do Efu wyjechał; że jego szwagier (a tatuś cioci Łukasza) przed wojną był policjantem, a w trzydziestym dziewiątym Rosjanie go zabrali i tyle go widziano; że wujek Łukasza (a mąż cioci) u Niemca w wojsku był; nawet o tym, że mama Łukasza do niemieckiego przedszkola podczas wojny chodziła – o tym się nie mówiło. I jakoś się żyło.
W końcu jednak można było o tym powiedzieć głośno, bo w Polsce nagle można było niemal wszystko – mówić. Gdyby stoczniowcy w Gdańsku się nie wściekli, bo im już za drogo było tak kiepsko żyć, i gdyby potem „Solidarność” nie rozlała się na cały kraj, Łukasz może nigdy nie dowiedziałby się, że miał wujków w hajocie – prawdziwym. A przy tej okazji, że historia to niby taka wielka pani, na oficjalnych wystąpieniach zawsze porządna i nienaganna, która jednak w swojej garderobie ma straszny burdel, gdzie trudno się połapać, co jest co, i wybrać to, co najprawdziwsze; i że ma ona w swoich szafach zawsze parę trupów, o których nie trzeba głośno mówić.
okładka miękka, format 135×205 mm, 330 stron
kontakt: literalnie@gmail.com
ŁUKASZ, A MÓGŁ BYĆ…(fragment)Pobierz